Kim jest rodzina? To chyba najbliżsi ludzie nam, ci którzy są z nami od zawsze? Nie wiem, nigdy nie umiałam się utożsamić z moją rodziną, zresztą chyba nigdy nie czułam, że mam tę rodzinę. No bo niby kogo? Jakąś ciocię? Może pijanego wujka? Dziadek i babcia zmarli, jak byłam całkiem małą dziewczynką, a od strony ojca właściwie nie znałam dziadków. Moją jedyną rodziną była dla mnie moja mama i moja kochana siostra, one zawsze emocjonalnie były bardzo blisko mnie. Chociaż może te relacje nie do końca były zdrowe. Moja młodsza siostra nie jest już dla mnie młodszą siostrą, jest kimś niesamowicie ważnym w moim życiu, bardzo ją kocham. Resztę tylko czasem nazywam rodziną, bo w ogóle tego nie czuję. Nawet D. nie uważałam za rodzinę, no i Agatka... Moja mała córeczka, wiadomo najbliższa istota dla mnie, ale czy to już rodzina? Zawsze mi się wydawało, że rodzina to mama, tata, rodzeństwo, dziadkowie, jakieś ciocie i wujkowie, którzy uważają, że kontakty to coś więcej niż wpadnięcie na siebie przypadkiem na mieście. Chciałabym mieć kiedyś swoją rodzinę, taką dużą, gdzie wszyscy będziemy się szanować i będziemy wiedzieć, że to jest właśnie rodzina i możemy na siebie zawsze liczyć... Będę miała taką rodzinę, ja i Agatka to dobry zalążek. Ktoś się mnie spytał, czy ja wierzę tak naprawdę komukolwiek. Najpierw odpowiedziałam sama sobie, odpowiedź mnie przeraziła. Niestety nikomu do końca nie wierzę, jakie to straszne uczucie, może kiedyś to się zmieni...
Mam tylko nadzieję, że następny rok będzie mniej burzliwy od tego. Ten zleciał jak film i to krótkometrażowy. Nigdy więcej nie chcę takich emocji, takich przeżyć, nie chcę, żeby krzyk wewnętrzny był zagłuszany przez całe otoczenie, żeby nikt nie słyszał co wrzeszczę. Nie chcę tego bólu już nigdy. Mimo, że nadal we mnie się tli coś, to już nie to co, kilka miesięcy temu.
W sumie po chwili zastanowienia doszłam do wniosku, że przecież były też piękne momenty w tym roku. Poznałam M. a raczej się zakochałam, to chyba najpiękniejsze w tym wszystkim. Tak, dlatego nie było tak źle, jak być mogło :)
"Kocham życie, przyjacielu, i nawet wtedy, kiedy zraniło mnie tak bardzo, że przez krótką chwilę zapragnęłam umrzeć, nawet wtedy nie popełniłam zdrady"
Ciągłe zamieszanie. Niby wszystko jest już na miejscu, ale to tak jakby coś nie pasowało do reszty kompozycji, jakiś mały element.
Coś nie pasuje, nie wiem co, może ja jestem tym felernym elementem? Może to ja niszczę bardzo wiele? Nie ma to brzmieć, jak użalanie się nad sobą, chociaż pewnie tak brzmi. Może psycholog jest mi potrzebny? Czasem wszystko w środku, aż mnie piecze z bólu, który być może de facto sama sobie wymyślam. Powinnam przecież pogodzić się z konsekwencjami wszystkiego, co się zdarzyło przez ten rok. Wiedziałam, że będzie trudno, ale że aż tak? Nie...
Tak trudno jest z samą sobą stanąć prosto w twarz i nie zarzucać sobie, że komuś jest źle, bo ja nawaliłam. Bo chyba nawaliłam, mogłam przecież być silniejsza, mogłam tam jakoś wytrwać. A tak - uciekłam i przez to oni cierpią. Oni, jak oni, sami sobie zasłużyli na to, że są teraz sami. Ważne, że czuję się winna, że... Boże.
Jeszcze czeka mnie rozwód, przeraża mnie ta myśl dzisiaj. Nie mam siły, a tak naprawdę nikt nie jest w stanie tego zrozumieć. Niby mam komu powiedzieć, bo mam, ale po co? A nawet jeśli już coś mówię, to nie do końca jestem zrozumiana. Nie ma w tym niczyjej winy, no może moja, bo sobie ze sobą czasami nie radzę.
Czyli, że mam nowy telefon, nowe mieszkanie i nowego kota. Troszkę dużo jak na jeden dzień, ale nie ma co narzekać.
Nowy rozdział w życiu niemalże zaczęty. Będzie inaczej, nie wiem czy lepiej czy gorzej, ale na pewno inaczej. Chociaż nie ma co rozpatrywać w kategoriach 'lepszości', trzeba zwyczajnie iść do przodu. I idę, czasem czuję, że spadam trochę, ale to kwestia czasu - musi się unormować i tyle.
Bywa, że nie jestem szczery Czasem zwyczajnie kłamię Jestem próżny, pazerny Dbam tylko o swoje cztery litery Bywam małostkowy Cyniczny i bezduszny Osądzam bez litości Bez serca i miłości
Chciałbym być zawsze niewinny i prawdziwy Chciałbym być zawsze pełen wiary i nadziei Tak jak Bolek i Lolek Tytus, Romek i Atomek Dzieci z Bullerbyn Tomek na tropach Yeti Tak jak król Maciuś pierwszy Asterix i Obelix Jak załoga G McGyver i Pipi
Miewam nieczyste intencje Łamię własne zasady Jestem niekonsekwentny Drażliwy i nieznośny Nie potrafię słuchać A sam bez przerwy gadam Jak bym istniał tylko ja A światem rządził szatan
Chciałbym być zawsze niewinny i prawdziwy Chciałbym być zawsze pełen wiary i nadziei Tak jak Bolek i Lolek Tytus, Romek i Atomek Dzieci z Bullerbyn Tomek na tropach Yeti Tak jak król Maciuś pierwszy Asterix i Obelix Jak załoga G McGyver i Pipi
Czas leci na tyle szybko, że nie jestem w stanie popatrzeć na teraźniejszość w rzeczywistym jej czasie. Bardzo dobrze, że tak się dzieje, bo przynajmniej coraz rzadziej dopada mnie przeszłość, chociaż wiem, że najgorsze dopiero przede mną, a właściwie przed nami. Życie bywa tak poplątane... Czasem się zastanawiam, co by było gdyby, ale przecież nie ma co nad takimi rzeczami myśleć. Efekt motyla? :> Eh...
28 sierpnia zostałam mamą chrzestną cudnego Fifiego! To jest dopiero powód do radości:) Taki mały szkrab, taki cudny i śliczny, a mój :)
Byliśmy na Mszy o uzdrowienie duszy i ciała w Wąwolnicy, dość ciekawe doświadczenie, ludzi tyle, że nie było gdzie uklęknąć. Najbardziej pozytywnie zaskoczyło mnie to, że czuć było jedność między ludźmi, każdy poszedł tam w określonej intencji, po coś, a nie jak często bywa na niedzielnych Eucharystiach, że się idzie, bo niedziela. Tam się było, bo się potrzebowało. I ja też. I dobrze, już mi to coś dało, zresztą, nie ja tam byłam najważniejsza.
Czasami dociera do mnie, to wszystko, co się dzieje we mnie wewnątrz. Nie jest to dla mnie najłatwiejsze, bo niestety trochę wiem, jak te mechanizmy działają, jak reaguję na wszystko, co się dzieje wokół mnie. Tak zwyczajnie, to jest wszystko ok, niby kontroluję sytuację, ale są momenty kiedy się sypię od środka, mieszają mi się wszystkie uczucia i stoję na środku drogi nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Niestety zazwyczaj to ja jestem tą osobą, która doradza, kopie po tyłkach, mówi prawdę ludziom, a nie to, co chcieliby usłyszeć, zazwyczaj, to ja pomagam i słyszę, że się nadaję na tego psychopedagoga. No i ok, cieszy mnie to bardzo, tylko, że ja też czasem potrzebuję kogoś, kto mi nakopie do tyłka, a potem przytuli. A co najlepsze wiem, że nie jest to możliwe, bo ja się odcinam, nie dopuszczam do siebie ludzi. Przecież sobie poradzę, wiem to, ale dziś sobie nie radzę, dziś się rozsypuję. Na dodatek, ktoś kto mnie nie bardzo lubi, zniszczył kawałek mojego wspomnienia. Wiem, wiem - może tani sentymentalizm, ale jeśli zbieram coś 5 lat, a ona to wywala, to boli. Eh, boli mnie. Już jutro stąd wyjeżdżam, najlepsze ze złych rozwiązań, ale tu nie ma dobrego rozwiązania. Może to zwykła ucieczka, może tchórzostwo, bo może ja jestem tchórzem, zazwyczaj się chowam, kiedy pojawia się problem. I jeszcze moralizuję innych, to dopiero żałosne, porażka na całej linii.
Dziś nie mam siły na nic, na to, żeby uśmiechać się, naprawdę dziś jest wszystko na nie.
Czasem dopada Cię w najmniej oczekiwanym momencie, a nawet w takim, kiedy nie jesteś na to przygotowany w ogóle, więc się bronisz. Gdzieś już się kołacze myśl, że być może coś by z tego było, ale przecież to niemożliwe, przecież nie chcesz tego uczucia, nie chcesz tak bardzo. No, ale czasem im bardziej nie chcesz, tym bardziej prawdopodobne, że to dostaniesz. Tak teraz było, było bo już nie jest, teraz wiem, że chcę, a wcześniej nie chciałam, wywalałam wszelkie myśli, które wiązały się z tym, że ja i on moglibyśmy stworzyć MY. Zresztą on miał identycznie jak ja, nie chciał tego uczucia i doskonale oboje wiemy, że tak naprawdę nie było szansy, żeby się wybronić. Przed tym się nie ucieknie, nie da się walczyć z czymś, co chyba jest 'przeznaczeniem'? Nie no, oboje nie wierzymy w przeznaczenie, ale nie umiem tego inaczej nazwać póki co, bo wiem ile mnie kosztowała walka, żeby się nie dać, jego też i w sumie nadal walczymy, tylko że teraz o nas. Nie zrezygnuję z tego, nie poddam się, teraz już wiem na pewno, że chcę być z nim, że on chce być ze mną. Nigdy nie zaznałam takiego ogromu czułości, takie zwykłej, szczerej, bez naciągania, że coś wypada albo nie. To jest już takie niemalże normalne dla mnie, że on jest tak blisko i że każdego dnia bliżej. Kiedy jest obok mnie, to świat traci na znaczeniu, mam totalne przewartościowanie życia. Agatka i on to teraz moje życie, może lepsze będzie, nie wiem. Wiem, że ostatnie 1,5 tygodnia dały mi bardzo wiele, na tyle dużo, że wiem, że nie ma co się poddawać, przecież życie ma dla nas tyle niespodzianek.
Świat jest tak zagmatwany, że się zastanawiam, jak to możliwe. Wiem, że często sami sobie plączemy supełki na sznurkach swojego życia i później narzekamy, że wszystko nie tak, jak powinno być. No i ja sobie też taki supełek zaplątałam i nie da rady tego odplątać, muszę odciąć i zacząć od nowa. Sama siebie dołuję czasami, sama robię sobie na złość i ranię się na różne sposoby, może mam nadzieję, że w ten sposób będzie mi łatwiej później? Może właśnie tak chcę pozbyć się sama siebie? Nie wiem. Totalny dualizm. Nie mogę się doczekać, aż się troszkę wyprostuje, aż znów poczuję wolność umysłu. Dokładnie to pamiętam 2 razy, jak czułam się dobrze, tak w sumie bez większych problemów. Doskonale pamiętam chwilowe uczucie nieistnienia zła w moim życiu, bezpieczeństwo i takie zwykłe bycie. Może jeszcze tak się zdarzy.
Eh... ostatnio spędziłam fantastyczne popołudnie, może trochę mokro było, no ale kto by się przejmował tym, że pada (leje) deszcz, jak się siedzi na ławce. No kto? Bo ja na pewno nie :) Właśnie takie dni trzymają mnie przy życiu chyba, nie pozwalają mi zwariować, a do tego tak często jest bardzo blisko.
I chciałam powiedzieć, że 11 lipca o godzinie 18:55 na świat przyszedł mój Mały Przystojniak, ma na imię Filip, jest synem mojej Przyjaciółki i jest najładniejszym małym chłopcem, jakiego widziałam :) I będzie moim chrześniakiem! :) Jestem z Niego i z Jego Mamy bardzo DUMNA!!:*